Moja przygoda ze szpitalem rozpoczęła się 1 września 2014 r. Zgodnie z ustaleniami lekarza postanowiłam udać się na kontrolne KTG do szpitala, w którym zamierzałam rodzić. Po wykonaniu badania lekarz stwierdził, że wygląda na to, że wszystko jest w porządku, ale na zapisie nie ma czegoś co powinno być i trzeba powtórzyć KTG i jeżeli nie będzie tego zapisu na tym drugim to zatrzymuje mnie w szpitalu. Oczywiście na początku nie powiedziano mi czego brakuje, dowiedziałam się dopiero po kilku dniach. Nagle zrodziła się niepewność i strach. Zastanawialiśmy się czy faktycznie coś jest nie tak, przecież dotychczas nic nie wskazywało na jakiekolwiek nieprawidłowości. Tego dnia do szpitala szłam z nadzieją, że KTG wykaże jakiekolwiek skurcze, a wyszłam z podejrzeniem wielowodzia i informacją, że dziecko za mało się rusza. Badanie zostało powtórzone kolejnego dnia, przed nim kazano mi zjeść coś dużego i słodkiego, aby pobudzić Maleństwo. Oczywiście wynik KTG był podobny. Trzeciego dnia podczas kontroli zdecydowano o pozostawieniu mnie na oddziale z nadzieją, że za kilka dni urodzę. Wspomnę, że czułam się cudownie, w zachowaniu swojego organizmu nie zauważyłam nic podejrzanego, a poza tym czułam ruchy dziecka. Wreszcie po kilku dniach podjęto próbę indukcji porodu za pomocą cewnika Foley`a. Piszę podjęto próbę, ponieważ cewnik został źle założony przez lekarza i do porodu nie doszło :/
Podczas tygodniowego pobytu w szpitalu zaobserwowano, że moje Maleństwo ma ustalone pory dnia, w których ma wzmożoną aktywność ruchową, a wielowodzie jest niewielkie. Kolejną indukcję już za pomocą oksytocyny zaproponowano za kilka dni. Po długiej rozmowie z mężem doszliśmy do wniosku, że jeśli z dzieckiem i ze mną jest wszystko w porządku i nic nie wskazuje na poród w najbliższych dniach to nie ma sensu robić nic na siłę i wbrew organizmowi. Postanowiliśmy opuścić szpital na własne życzenie.
Kolejny tydzień spędziliśmy w domu.
W kolejnych dniach baczniej obserwowałam ruchy dziecka. 16 września 2014 były one mniej wyczuwalne, powiedziałabym, że nie było ich w ogóle oprócz dwóch smyrnięć, dlatego postanowiłam pojechać na izbę przyjęć. Po wykonaniu KTG stwierdzono, że wszystko jest w normie (czyli tak jak było dotychczas w pozostałych zapisach), zalecono kontrolne KTG co 2 dni. Niestety ja czułam, że coś jest nie tak. Udaliśmy się z mężem na rozmowę do zastępcy ordynatora, który postanowił przyjąć mnie na oddział. Zaproponował indukcję porodu za pomocą oksytocyny, a jeśli to nie pomoże poród metodą cesarskiego cięcia. Następnego dnia podłączono pompę z oksytocyną, którą odłączono po 6 godzinach, ponieważ nie wywołała ona akcji porodowej. Kolejna przygoda z oksytocyną miała miejsce dwa dni później. Po 9 godzinach lekarz stwierdził, że główka balotuje i nic nie wskazuje na poród naturalny. Ostatnie 2 godziny z oksytocyną były okropne, ból niesamowity. Wiedziałam, że tak będzie, ale byłoby miło jakby wraz z nadchodzącym co minutę bólem rodziło się dziecko. Wykonano badania, które zakwalifikowały mnie do cesarskiego cięcia ze znieczuleniem zewnątrzoponowym.
Pejełka urodziła się 19 września 2014 roku o godzinie 20.25.
Waga: 4340 gram
Wzrost: 55 cm
Śliczna dziewczyna!!!
Przy porodzie była moja druga połówka. Dumny Tatuś zabrał Malutką na kangurowanie :)
Powyższa sytuacja opisana jest w skrócie. Przedstawienie wszystkich szczegółów zajęłoby o wiele więcej miejsca. Podczas tych 3 tygodni towarzyszyły nam różnego rodzaju uczucia od strachu, niepewności, bezradności i złości po nieskończoną radość i miłość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz