środa, 28 maja 2014

Formalności po stracie dziecka

O dawien dawna wiadomo, że o to co nam się należy musimy walczyć. Niestety nawet po tak ciężkim przeżyciu jakim jest strata dziecka nie ma taryfy ulgowej. Nieco miej formalności do dopełnienia mają rodzice, którzy stracili dziecko w późniejszym etapie ciąży, wtedy, kiedy znana była już płeć. Wówczas zabierają oni płód ze szpitala celem jego pochowania. W międzyczasie szpital przekazuje informację do odpowiedniego w danym rejonie Urzędu Stanu Cywilnego o porodzie martwego dziecka. Po około 3 dniach można odebrać akt urodzenia dziecka z adnotacją "martwo urodzone".
Niestety moja historia znacznie się skomplikowała, a cała procedura wydłużyła się o miesiąc. 
W szpitalu zostałam poinformowana, że mogę zabrać płód i go pochować, ale zazwyczaj w tak wczesnej fazie ciąży większość osób tego nie robi. Stwierdziłam, że nie mam siły na te wszystkie formalności. Poza tym zostałabym z tym całkowicie sama. Skołowana całą tą sytuacją podpisałam stertę dokumentów w tym zgodę na pozostawienie "zwłok". Po kilku dniach dotarło do mnie, że za te wszystkie cierpienia należy mi się odszkodowanie pieniężne od ubezpieczyciela. Postanowiłam zawalczyć o pieniądze, które chciałam przeznaczyć na dalsze leczenie. Byłam przekonana, że do otrzymania odszkodowania od ubezpieczyciela wystarczy wypis ze szpitala. Nie przyszło mi do głowy, że mogą być potrzebne inne dokumenty, nigdy wcześniej nie orientowałam w obowiązujących dla tego przypadku procedurach - nawet po stracie pierwszej ciąży nie ubiegaliśmy się o cokolwiek. Wydaje mi się, że żadna osoba spodziewająca się dziecka nie zastanawia się co zrobić po jego stracie, bo każdy zakłada, że dziecko urodzi się zdrowe. 
Musiałam podjąć następujące kroki:
  • udać się do szpitala i podpisać oświadczenie, że zabieram martwy płód i jestem zobligowana do jego pochowania - na zmianę decyzji miałam 30 dni od dnia zabiegu, po tym czasie szpital przekazuje go do utylizacji,
  • przekazać materiał do badań genetycznych celem ustalenia płci - na wyniki czeka się ok. 10 dni, cena około 500-600 zł,
  • zanieść wyniki do szpitala, który przesłał informacje do Urzędu Stanu Cywilnego, aby przygotował akt urodzenia z adnotacją "martwo urodzone",
  • udać się do USC po odbiór aktu urodzenia (po około 3 dniach),
  • złożyć do ubezpieczyciela wniosek o wypłatę świadczenia - do wniosku należy dołączyć kopię aktu urodzenia i kopię dowodu osobistego - czas oczekiwania na decyzję ok 7-10 dni.

Wraz z wynikami ustalającymi płeć dziecka odbierana jest, w tak wczesnej ciąży, "pozostałość", którą należy pochować. Po pogrzebie można ubiegać się od ZUS-u wypłaty zasiłku pogrzebowego, który wynosi 4000 zł. Do wniosku należy dołączyć faktury, z których wynika jakie zostały poniesione koszty. Każda faktura powinna zawierać informację kto jest kupującym oraz imię i nazwisko zmarłego - ważne jest to, aby była ona wystawiona z datą wcześniejszą niż data pogrzebu. W naszym przypadku zostały przedstawione dwie faktury za trumienkę oraz wiązankę. Czasami zdarza się, że ZUS prosi o wyjaśnienie dlaczego, termin pochówku jest tak odległy od dnia "śmierci", ale to jest uzależnione tylko i wyłącznie od procedur obowiązujących w danej placówce.
Warto również wspomnieć, że każdej kobiecie po stracie dziecka przysługuje 8 tygodni urlopu macierzyńskiego. Wniosek należy złożyć u swojego pracodawcy wraz z kopią aktu urodzenia.

Artykuły warte zainteresowania:

poniedziałek, 26 maja 2014

II ciąża

Radość i niepewność jednocześnie przeplatał spokój, który dawał mi do zrozumienia, że tym razem będzie dobrze. Cierpliwie odliczałam dni do pierwszej wizyty, która odbyła się 28 sierpnia. Na USG był widoczny pęcherzyk ciążowy, ale niestety bez zarodka. Znowu panika i strach. Lekarz polecił wykonanie badania betaHCG i jego powtórzenie po 48 godzinach. Miało ono pokazać, czy ciąża rozwija się prawidłowo. Książkowo beta powinna wzrosnąć o co  najmniej 60%, a najlepiej dwukrotnie. Niestety w naszym przypadku pierwszy wynik to 6547, a po 48 godzinach tylko 6665 jednostek. Lekarz podejrzewał brak zarodka, ale mimo wszystko kazał odczekać jeszcze kilka dni. Na szczęście badanie USG wykonane 4 września ujawniło zarodek z bijącym sercem. Mimo wszystko nurtowało mnie to, dlaczego beta tak wolno rośnie. Lekarz stwierdził, że mam lekkiego krwiaka, który może powodować tak niskie wyniki. Dostałam listę leków do wykupienia i dodatkowo zastrzyki przeciwzakrzepowe. 
Czułam się cudownie. Mimo zagrożenia czułam się spokojna, wypoczęta, a wyzwolenie od pracy w postaci zwolnienia lekarskiego spowodowało, ze całkowicie oderwałam się od rzeczywistości i odstresowałam. Leżąc nogami do góry i pachnąc czekałam na kolejną wizytę.
Nadszedł dwudziesty trzeci dzień września. Wizyta miała być tylko kontrolna, potwierdzająca, że wszystko jest dobrze. Po niej mieliśmy się z mężem "rozjechać" - ja do rodziców, mąż w delegację na kilka miesięcy. Wszystko spakowane, ustalone, że będziemy się widywać co 2 tygodnie. Niestety nasz plan nie wypalił. Podczas wizyty okazało się, że serce Maleństwa nie bije. Uczucie?!?!?!?! Nie jestem pewna, czy można je opisać. Ponownie moim ciałem zawładnął wielki ból, taki jak 2 lata wcześniej. Strata mam wrażenie większa, bo ciąża była starsza od pierwszej, większe przywiązanie, jedyny plus tego wszystkiego, to mniejszy strach przed szpitalem - w tym przypadku przynajmniej wiedziałam czego mogę się spodziewać. Tym razem starałam się być twarda. Mąż musiał jechać, do mnie przyjechali rodzice, którzy mieli mnie zawieźć do szpitala po kilku dniach. 
26 września 2013  o godzinie 8.30 byłam na izbie przyjęć. Dwóch lekarzy potwierdziło martwą ciążę. Tak jak w przypadku pierwszej ciąży wieczorem miałam być po wszystkim. Wiedziałam już, że zabieg jest wykonywany pod narkozą , dlatego byłam na czczo, żeby poszło to sprawniej. Po przyjęciu na oddział niestety nie było tak słodko. Czas ciągnął się niemiłosiernie. Najpierw musiałam czekać na podanie leków rozkurczowych, co nastąpiło po 5 godzinach, a później na lekarza. Ból niesamowity, a leki przeciwbólowe na moje nieszczęście działały tylko 15-20 minut. O godzinie 17 poinformowano mnie, że wieczorem będzie po wszystkim. Oczywiście oszołomiona całą tą sytuacją zapomniałam zapytać, o której godzinie dla dyżurującego lekarza jest wieczór. I znowu czekałam. Jakimś cudem udało mi się ułożyć i przysnęłam. Po 3 godzinach obolała od pasa w dół wykorzystując ostatki moich sił poszłam do dyżurki. Ledwo udało mi się wymamrotać, że chcę lekarza i chce, żeby to wszystko się wreszcie skończyło. Do zabiegowego zabrano mnie o godzinie 22, tam czekałam na resztę ekipy 40 minut. Po godzinie 23 byłam już po zabiegu.
Później dowiedziałam się, że w sumie ciąża przy tak niskim wzroście betaHCG była skazana na niepowodzenie. Nawet jeśli udałoby się ją utrzymać mogłoby się w trakcie okazać, że dziecko ma poważne wady genetyczne.
Początkowo chcieliśmy  zapomnieć, przełknąć tą gorycz i zacząć walkę od początku, ale kilka dni po szpitalu stwierdziłam, że za to cierpienie należy mi się odszkodowanie od ubezpieczyciela, któremu miesiąc w miesiąc regularnie płacę składkę. Wtedy zaczęły się schody - masa formalności do dopełnienia.


czwartek, 22 maja 2014

Kolejne próby i czekania ciąg dalszy...

Nasza przygoda z pierwszym lekarzem i jego optymistycznym podejściem do pierwszej ciąży zakończyła się w lipcu 2012. Na kolejny, zasugerowany przez niego, etap leczenia zdecydowaliśmy się w listopadzie. Wizyta u nowego lekarza była dla mnie w pewnym sensie pierwszą. Wszystko zaczynaliśmy od początku. Ustaliliśmy plan działania. Wstąpiła we mnie nowe energia. Zrobiliśmy badania, na które wcześniej nas nie skierowano. Na szczęście wyniki były dobre, dlatego od razu zasugerowano nam zabieg inseminacji, który miał zostać poprzedzony przyjmowaniem zastrzyków pobudzających wzrost pęcherzyków i sprzyjających ich pęknięciu (Gonal i Ovitrelle). Kilka miesięcy zajęło nam zdecydowanie się na ten krok, nadal mimo wszystko mieliśmy nadzieję, że skoro wyniki są w porządku to może uda nam się zajść w ciążę naturalnie. 
Decyzja zapadła w lipcu 2013. Wypoczęci po wakacjach i optymistycznie nastawieni do całej sprawy udaliśmy się na wizytę. Oczywiście towarzyszył nam też strach. Mózg zaczął przetwarzać informacje, które przekazywał lekarz. Dla niego była to kolejna para starająca się o dziecko, standardowa procedura. Dla nas coś nowego i nieznanego. Wyobraźnia działała na pełnych obrotach - najpierw zastrzyki w brzuch, później wizyty co 2 dni, jak wszystko dobrze pójdzie i urośnie ładny pęcherzyk kolejny zastrzyk, a po 2-3 dniach zabieg.
31 lipca 2013, niesamowity upał, klimatyzacja w poczekalni nie nadążała przerabiać powietrza. Do tłumu ludzi w poczekalni dołączyliśmy my. Po prawie 2 godzinach od wejścia byliśmy po wszystkim. Gorące powietrze wymieszane ze stresem sprawiło, że jedyne o czym marzyłam to moje ukochane łóżko. 
I znowu nie pozostało nam nic innego tylko czekać.
Wychodząc z gabinetu lekarz polecił wykonanie testu ciążowego w połowie sierpnia. Wybił piętnasty dzień sierpnia. Zestresowana wpatrywałam się jedną kreskę na teście mając nadzieje, że może jakimś cudem zrobią się z niej dwie. Po 5 minutach było wiadomo, że nic z tego. Znowu moim ciałem zawładnęła wewnętrzna złość i pretensja do całego świata. Chociaż ku mojemu zdziwieniu po kilku minutach moje myślenie całkowicie się zmieniło, stwierdziłam, że to jednak za wcześnie, w końcu przy pierwszej ciąży test też od razu jej nie wykazał. 19 sierpnia powtórzyłam test - wyszedł pozytywny. Tak rozpoczęła się nasza przygoda z II ciążą.

środa, 21 maja 2014

I ciąża - wielka radość - wielka strata

1 października 2011 roku oglądaliśmy dwie piękne czerwone kreski na teście ciążowym. Radość ogromna, szał, uśmiech od ucha do ucha. Wizyta u lekarza potwierdziła ciążę. Niestety lekarz od samego początku dawał do zrozumienia, że ciąża jest zagrożona. Na dzień dobry zestaw leków na podtrzymanie i zakaz jakiegokolwiek wysiłku. Kolejna wizyta kontrolna została zaplanowana na 18 października. Przez te 2 tygodnie szczęście przeplatała niepewność, tym bardziej, że niestety pojawiły się bóle brzucha. Nadszedł upragniony dzień - USG - widok pięknego zarodka o długości 7 mm i optymistyczne podejście lekarza sprawiły, że uwierzyłam w spełniające się marzenie. Niestety nasza radość nie trwała długo, już następnego dnia wylądowałam na izbie przyjęć z potwornymi, ciągnącymi w dół bólami podbrzusza. Uczucie okropne. Po prawie dwugodzinnym oczekiwaniu łaskawie przyjął mnie lekarz dyżurujący, który po wykonaniu USG powiedział "właśnie rozpoczęło się poronienie, wieczorem będzie już po wszystkim, jutro wyjdzie Pani do domu".
Gorycz, żal i ból nie tylko fizyczny zapełniły całe moje ciało. Nie mogłam pojąć, że coś takiego może nam się przytrafić. Po przyjęciu mnie na oddział miałam jeszcze nadzieję, że można to wszystko jeszcze jakoś naprawić, uratować to dziecko. Dzisiaj wiem, że to uczucie było "skutkiem ubocznym" leków uspokajających i przeciwbólowych.
Po godzinie 18 byłam po zabiegu. Następnego dnia rano po przebudzeniu wydawało mi się, że to był tylko sen. Kolejne dni przekonywano mnie, że tak miało być, że może lepiej teraz niż w późniejszej fazie ciąży. Nie wiem dlaczego, ale sama zaczęłam w to wierzyć, mimo, że czułam coś innego - może dlatego, że tak było łatwiej. "Ubrałam się" w skorupę, która czasami pękała, a wtedy ze środka mnie wylewała się gorycz, żal do całego świata, nienawiść do ludzi, którzy mogli mieć dzieci a ich nie chcieli. Najwięcej nasłuchała się najbliższa mi osoba, z którą chciałam spędzić resztę życia i której równie ciężko było przejść przez ten trudny czas.
Lekarz polecił odczekać co najmniej 3 miesiące zanim zdecydujemy się działać dalej. Po tym czasie jeszcze kilka razy podjęliśmy próbę zajścia w ciąże za pomocą leków sugerowanych przez ówczesnego lekarza. W końcu jego siły się skończyły, rozłożył ręce twierdząc, że nic więcej nie jest w stanie zrobić i skierował nas do kliniki niepłodności, która miała podjąć się leczenia inną metodą.

wtorek, 20 maja 2014

Decyzja zapadła

W życiu mężczyzny i kobiety połączonych najsilniejszym z ludzkich uczuć - miłością - w końcu przychodzi moment, że postanawiają mieć dziecko.*
Nasza decyzja zapadła w listopadzie 2009 roku. Wszystko miało pójść według wcześniej określonego planu. Było już własne mieszkanie i w miarę stabilna sytuacja materialna, dlatego zdecydowaliśmy o posiadaniu dziecka. Wyobrażenie sobie takiego bezbronnego maleństwa przywoływało dwa skrajne czucia radość i strach, zastanowienie czy w ogóle sobie poradzimy. Ekscytacja, radość i fascynacja, bo w końcu przyszedł moment, w którym możemy spełnić nasze marzenie, a strach, bo nie codziennie podejmuje się tak ważną decyzję. Po kilku miesiącach nieudanych prób uczucia się zmieniają w szaleńczą chęć posiadania dziecka natychmiast i jednocześnie paniczne rozgoryczenie skłaniające do przemyśleń, dlaczego nie możemy mieć dziecka. Przecież miało być tak pięknie jak w bajce, wszystko ułożone krok po kroku. Po wykonaniu podstawowych badań, które pokazały, że oprócz lekkiej niedoczynności tarczycy nic więcej nie powinno stać na przeszkodzie. Lekarze kazali czekać, twierdząc, że jeszcze za wcześnie na postawienie diagnozy, którą miała być niepłodność. Twierdzili, że najlepszym lekarstwem jest niemyślenie o dziecku i całkowite oderwanie się od tego tematu, dlatego nadszedł etap "odpuszczenia" z lekkimi nawrotami. Wpadnięcie w wir pracy, jakieś wyjazdy weekendowe od czasu do czasu spowodowało, że nie wiadomo kiedy minęło kilka kolejnych, bezowocnych miesięcy. Rok później zdecydowaliśmy się rozpocząć leczenie,  które miało polegać na przyjmowaniu leków stymulujących owulację. Miało to trwać zaledwie od 4 do 5 miesięcy. Jakimś cudem znowu przeleciał kolejny rok, podczas którego prawie co drugi miesiąc rozpoczynał się tak samo - tabletki, monitoring cyklu, test ciążowy i jedna czerwona kreska. Lekarz za każdym razem rozkładał ręce, przepisywał kolejne tabletki i dawał nadzieję mówiąc, że może uda się w przyszłym miesiącu. W sierpniu 2011 nastąpił kolejny czas "odpuszczenia", a w październiku ku naszemu zaskoczeniu i wielkiej radości po raz pierwszy w życiu test ciążowy pokazał dwie piękne czerwone kreski. Nadszedł czas pierwszej ciąży.

* Valero C., Moje dziecko. Rozwój dziecka od 0 do 3 lat, wyd SBM, 2010, s.6.

piątek, 16 maja 2014

Marzenia te duże i te maleńkie...

Życie to mechanizm napędzany przez nas samych. Ciągle gdzieś biegniemy, coś robimy, dążymy do jakiegoś celu - tylko po co? Żeby spełniać marzenia!
Zanim to się stanie musimy przebyć długą drogę, gdyż cały ten proces nie odbywa się bez oczekiwania. Na wszystko musi przyjść swój czas.
Czekanie jest dla nas szczególnie trudne wtedy, kiedy nam na czymś bardzo zależy. Najpierw czekamy na ogłoszenie wyników w liceum, do którego złożyliśmy dokumenty, później lista na studia. W końcu szukamy tej jednej jedynej osoby, z którą chcemy spędzić resztę życia, jak to nastąpi marzymy o założeniu rodziny i posiadaniu dziecka. Wtedy włącza się czerwona kontrolka, zaczynamy robić listę rzeczy, które chcemy osiągnąć zanim dziecko pojawi się na świecie. Większość chce skończyć studia, zmienić pracę, awansować, kupić lepszy samochód, posiadać własne mieszkanie, jednym słowem chcą ustabilizować swoją sytuację - przede wszystkim materialną.
Ponownie rozpoczynamy etap oczekiwania na realizację wymarzonego celu, którym jest dziecko.
Nadchodzi dzień ostatecznej decyzji i początek starań, a później czas oczekiwania na dzień, w którym na teście ciążowym zobaczymy dwie czerwone kreski. Wtedy dla wielu par rozpoczyna się okres walki, bardzo często okres kilkuletniego oczekiwania.