Po załatwieniu wszystkich formalności związanych ze stratą dziecka i ogarnięciu myśli postanowiliśmy jeszcze raz podejść do inseminacji. Lekarz dał nam zielone światło już po pierwszym pełnym cyklu. W połowie listopada został wykonany zabieg. Tuż po nim dano nam do zrozumienia, że tym razem powinno się udać. Czekałam jak na szpilkach do 6 grudnia, wtedy miałam zrobić test. Dla pewności wykonałam badanie betaHCG. Jadąc po wyniki byłam bardzo podekscytowana, w sumie byłam pewna, że wszystko idzie po naszej myśli. Niestety wynik był tak niski, że już nic nie mogło wskazywać na to że jestem w ciąży. Długo nie musiałam czekać na potwierdzenie tego, że nie jestem w ciąży, kolejnego dnia miałam to wymalowane czerwono na białym. Znowu burza hormonów zawładnęła moim ciałem. Żal nie wiadomo do kogo i jednocześnie strach, że coś ze mną jest nie tak. Po długiej rozmowie z mężem postanowiliśmy całkowicie odpuścić. Zamknąć temat na jakiś czas, a przynajmniej do jego powrotu z delegacji. Miałam się całkowicie wyciszyć. Pomogły mi w tym wizyty u psychiatry, odseparowanie od stresującego miejsca pracy i zatopienie się w nowym hobby, którym było robienie stroików bożonarodzeniowych oraz duży wysiłek fizyczny (codzienne ćwiczenia po kilkadziesiąt minut). Starałam się zmienić tryb życia skupić swoją uwagę na tych rzeczach, które sprawiały mi przyjemność. Z utęsknieniem czekałam na męża i święta, które spędziliśmy z rodziną.
Nadszedł nowy rok, a z nim nowe marzenia i postanowienia. Moje życzenie dla nas: żeby ten rok był nasz! Moja determinacja urosła chyba do najwyższego dotychczas poziomu. Pomyślałam sobie, że oprócz dziecka, które pragnę najbardziej mam także inne plany i marzenia, które zazwyczaj schodziły na drugi plan. Może czas zacząć je realizować. Zacząć od najmniejszego. Może czas zacząć biegać? Wymówek była masa, że okres, złe samopoczucie, zmęczona po pracy, mieszkanie posprzątać, a pod koniec cyklu nie, bo może jest ciąża i lepiej jej nie "maltretować". 31 grudnia 2013 stał się dla mnie dniem, w którym oddzieliłam grubą kreską wszystkie nieprzyjemne przeżycia. Postanowiłam cieszyć się z tego co osiągamy małymi krokami, przestać zrzędzić i użalać się nad sobą. Zauważyłam pewną prawidłowość, mianowicie ludzie cały czas narzekają szczególnie wtedy, kiedy coś komuś nie wychodzi, a jak jest dobrze to tego nie doceniają, bo myślą, że tak musi być.
Początek roku spędziłam na wędrówkach po lekarzach. Przeraził mnie okropny ból podbrzusza. Postawiłam sobie sama diagnozę: torbiel jajnika. Już to przechodziłam, nic przyjemnego, ale da się przeżyć. W mojej sytuacji przy zespole policystycznych jajników (PCOS) jest to możliwe, szczególnie po stymulacji. Postanowiłam nie czekać, aż urośnie do gigantycznych rozmiarów i udałam się do lekarza. Badanie USG nic nie wykazało. Lekarz stwierdził, że wszystko jest w porządku, ale dla pewności mam stawić się na wizytę kontrolną 10 stycznia. Kolejne badanie wykazało brak torbieli, ale i brak ciąży. Mimo wszystko po konsultacji zrobiłam badanie betaHCG. Tak trochę od niechcenia, dla formalności, żeby wykluczyć ciążę i ewentualnie coś dalej robić z tymi bólami. Dzień później dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w
III ciąży :)