1 października 2011 roku oglądaliśmy dwie piękne czerwone kreski na teście ciążowym. Radość ogromna, szał, uśmiech od ucha do ucha. Wizyta u lekarza potwierdziła ciążę. Niestety lekarz od samego początku dawał do zrozumienia, że ciąża jest zagrożona. Na dzień dobry zestaw leków na podtrzymanie i zakaz jakiegokolwiek wysiłku. Kolejna wizyta kontrolna została zaplanowana na 18 października. Przez te 2 tygodnie szczęście przeplatała niepewność, tym bardziej, że niestety pojawiły się bóle brzucha. Nadszedł upragniony dzień - USG - widok pięknego zarodka o długości 7 mm i optymistyczne podejście lekarza sprawiły, że uwierzyłam w spełniające się marzenie. Niestety nasza radość nie trwała długo, już następnego dnia wylądowałam na izbie przyjęć z potwornymi, ciągnącymi w dół bólami podbrzusza. Uczucie okropne. Po prawie dwugodzinnym oczekiwaniu łaskawie przyjął mnie lekarz dyżurujący, który po wykonaniu USG powiedział "właśnie rozpoczęło się poronienie, wieczorem będzie już po wszystkim, jutro wyjdzie Pani do domu".
Gorycz, żal i ból nie tylko fizyczny zapełniły całe moje ciało. Nie mogłam pojąć, że coś takiego może nam się przytrafić. Po przyjęciu mnie na oddział miałam jeszcze nadzieję, że można to wszystko jeszcze jakoś naprawić, uratować to dziecko. Dzisiaj wiem, że to uczucie było "skutkiem ubocznym" leków uspokajających i przeciwbólowych.
Po godzinie 18 byłam po zabiegu. Następnego dnia rano po przebudzeniu wydawało mi się, że to był tylko sen. Kolejne dni przekonywano mnie, że tak miało być, że może lepiej teraz niż w późniejszej fazie ciąży. Nie wiem dlaczego, ale sama zaczęłam w to wierzyć, mimo, że czułam coś innego - może dlatego, że tak było łatwiej. "Ubrałam się" w skorupę, która czasami pękała, a wtedy ze środka mnie wylewała się gorycz, żal do całego świata, nienawiść do ludzi, którzy mogli mieć dzieci a ich nie chcieli. Najwięcej nasłuchała się najbliższa mi osoba, z którą chciałam spędzić resztę życia i której równie ciężko było przejść przez ten trudny czas.
Lekarz polecił odczekać co najmniej 3 miesiące zanim zdecydujemy się działać dalej. Po tym czasie jeszcze kilka razy podjęliśmy próbę zajścia w ciąże za pomocą leków sugerowanych przez ówczesnego lekarza. W końcu jego siły się skończyły, rozłożył ręce twierdząc, że nic więcej nie jest w stanie zrobić i skierował nas do kliniki niepłodności, która miała podjąć się leczenia inną metodą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz