poniedziałek, 26 maja 2014

II ciąża

Radość i niepewność jednocześnie przeplatał spokój, który dawał mi do zrozumienia, że tym razem będzie dobrze. Cierpliwie odliczałam dni do pierwszej wizyty, która odbyła się 28 sierpnia. Na USG był widoczny pęcherzyk ciążowy, ale niestety bez zarodka. Znowu panika i strach. Lekarz polecił wykonanie badania betaHCG i jego powtórzenie po 48 godzinach. Miało ono pokazać, czy ciąża rozwija się prawidłowo. Książkowo beta powinna wzrosnąć o co  najmniej 60%, a najlepiej dwukrotnie. Niestety w naszym przypadku pierwszy wynik to 6547, a po 48 godzinach tylko 6665 jednostek. Lekarz podejrzewał brak zarodka, ale mimo wszystko kazał odczekać jeszcze kilka dni. Na szczęście badanie USG wykonane 4 września ujawniło zarodek z bijącym sercem. Mimo wszystko nurtowało mnie to, dlaczego beta tak wolno rośnie. Lekarz stwierdził, że mam lekkiego krwiaka, który może powodować tak niskie wyniki. Dostałam listę leków do wykupienia i dodatkowo zastrzyki przeciwzakrzepowe. 
Czułam się cudownie. Mimo zagrożenia czułam się spokojna, wypoczęta, a wyzwolenie od pracy w postaci zwolnienia lekarskiego spowodowało, ze całkowicie oderwałam się od rzeczywistości i odstresowałam. Leżąc nogami do góry i pachnąc czekałam na kolejną wizytę.
Nadszedł dwudziesty trzeci dzień września. Wizyta miała być tylko kontrolna, potwierdzająca, że wszystko jest dobrze. Po niej mieliśmy się z mężem "rozjechać" - ja do rodziców, mąż w delegację na kilka miesięcy. Wszystko spakowane, ustalone, że będziemy się widywać co 2 tygodnie. Niestety nasz plan nie wypalił. Podczas wizyty okazało się, że serce Maleństwa nie bije. Uczucie?!?!?!?! Nie jestem pewna, czy można je opisać. Ponownie moim ciałem zawładnął wielki ból, taki jak 2 lata wcześniej. Strata mam wrażenie większa, bo ciąża była starsza od pierwszej, większe przywiązanie, jedyny plus tego wszystkiego, to mniejszy strach przed szpitalem - w tym przypadku przynajmniej wiedziałam czego mogę się spodziewać. Tym razem starałam się być twarda. Mąż musiał jechać, do mnie przyjechali rodzice, którzy mieli mnie zawieźć do szpitala po kilku dniach. 
26 września 2013  o godzinie 8.30 byłam na izbie przyjęć. Dwóch lekarzy potwierdziło martwą ciążę. Tak jak w przypadku pierwszej ciąży wieczorem miałam być po wszystkim. Wiedziałam już, że zabieg jest wykonywany pod narkozą , dlatego byłam na czczo, żeby poszło to sprawniej. Po przyjęciu na oddział niestety nie było tak słodko. Czas ciągnął się niemiłosiernie. Najpierw musiałam czekać na podanie leków rozkurczowych, co nastąpiło po 5 godzinach, a później na lekarza. Ból niesamowity, a leki przeciwbólowe na moje nieszczęście działały tylko 15-20 minut. O godzinie 17 poinformowano mnie, że wieczorem będzie po wszystkim. Oczywiście oszołomiona całą tą sytuacją zapomniałam zapytać, o której godzinie dla dyżurującego lekarza jest wieczór. I znowu czekałam. Jakimś cudem udało mi się ułożyć i przysnęłam. Po 3 godzinach obolała od pasa w dół wykorzystując ostatki moich sił poszłam do dyżurki. Ledwo udało mi się wymamrotać, że chcę lekarza i chce, żeby to wszystko się wreszcie skończyło. Do zabiegowego zabrano mnie o godzinie 22, tam czekałam na resztę ekipy 40 minut. Po godzinie 23 byłam już po zabiegu.
Później dowiedziałam się, że w sumie ciąża przy tak niskim wzroście betaHCG była skazana na niepowodzenie. Nawet jeśli udałoby się ją utrzymać mogłoby się w trakcie okazać, że dziecko ma poważne wady genetyczne.
Początkowo chcieliśmy  zapomnieć, przełknąć tą gorycz i zacząć walkę od początku, ale kilka dni po szpitalu stwierdziłam, że za to cierpienie należy mi się odszkodowanie od ubezpieczyciela, któremu miesiąc w miesiąc regularnie płacę składkę. Wtedy zaczęły się schody - masa formalności do dopełnienia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz